Czego (naprawdę) chcą mieszkańcy?

Czy mieszkańców warto pytać o zdanie? Czy jesteśmy gotowi do współdecydowania? Czy konsultacje społeczne mają sens? W jakiej formie powinny być przeprowadzane?

Jako przedstawiciel organizacji pozarządowej, która nie broni się przed wzięciem współodpowiedzialności za pewne decyzje na swoje barki i wystawieniem na ataki ze strony opinii publicznej oraz mediów, broniąc często ciężko wywalczonych kompromisów w imię wyższej idei, spotykam się od lat z problematyką woli mieszkańców, a raczej osób święcie przekonanych o bezbłędnej antycypacji tego, co mieszkańcy naszego miasta rzeczywiście myślą. Ba – niejednokrotnie, także jako reprezentant pewnej grupy szczecinian o zbieżnych poglądach, sam wpadałem, choć mam nadzieję czynić to coraz rzadziej, w pułapkę przewidywania możliwych do realizacji kompromisów z uwzględnieniem z góry przyjętych granic, które lokalna społeczność jest w stanie zaakceptować. A rzeczywistość potrafi nas całkiem miło zaskakiwać.

Czego (na)uczy(ł) nas SBO?

Za nami wyniki kolejnej edycji Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego. Przyznam szczerze, że byłem nieco sceptyczny przed pierwszą jego edycją w roku 2013. Wydawało mi się wówczas, że możemy jako społeczeństwo nie być gotowi do wyzwania, jakim jest tak rozumiane współdecydowanie. W końcu urzędnicy są (powinni być) fachowcami, z doświadczeniem i wiedzą, jak i co, a przede wszystkim w jakiej kolejności powinno być w mieście realizowane. Każdy rząd ma jakiś plan, a ludzie powinni go z tego po upływie kadencji rozliczyć. Nic bardziej mylnego. Już na etapie prezentacji zgłoszonych, pierwszych projektów urzekła mnie kreatywność mieszkańców, a także konstruktywność oraz dojrzałość wielu zaproponowanych projektów. Od tamtej chwili stałem się ogromnym fanem tej formy konsultacji, a nawet w pewnym sensie współrządzenia. Nie jest tajemnicą, że Stowarzyszenie SENS interesują przede wszystkim kwestie podnoszące jakość życia w mieście, które skupiają się wokół rozwiązań transportowo-infrastrukturalnych, zieleni w mieście, a także bezpieczeństwa. Z przyjemnością i nieskrywaną satysfakcją odnotowaliśmy zaskakująco odmienne tendencje od tych, jakie notorycznie mieszkańcom się przypisuje. Wbrew pozorom to nie jezdnie i parkingi są najpilniejszymi potrzebami szczecinian, co mam nadzieję Urząd Miasta skrupulatnie odnotuje. Nasza lokalna społeczność wybrała w ciągu ostatnich czterech lat:

- 5 projektów stricte rowerowych

- 4 projekty stricte piesze

- 2 projekty pieszo-rowerowe

- 5 projektów sportowo-rekreacyjnych

- 6 projektów dotyczących miejskiej zieleni

I jeden (!) projekt w infrastrukturę drogową (skrzyżowanie Łubinowej z Handlową oraz Przelotową; nie liczyłem celowo ulicy Głębokiej na Skolwinie ze względu na ewidentną nietransparentność i nieetyczność działań osób działających na korzyść przedsiębiorcy, sprzedającego przy rzeczonej ulicy nieruchomości), a nadmienić należy, że projektów w tym zakresie nie brakowało. Nie uzyskały one jednak przychylności głosujących. Wybór zadań pieszo-rowerowych do realizacji jest reakcją mieszkańców na fatalny stan wspomnianej infrastruktury, na który przez lata nasz Urząd zdawał się nie zwracać większej uwagi. To właśnie Budżetowi Obywatelskiemu zawdzięczamy wyraźną zmianę nastawienia władz miasta oraz mieszkańców do transportu rowerowego i jego coraz intensywniejszej obecności w życiu miasta.

Ale mieszkańcy tego (nie) chcą!

Skąd jednak bierze się urzędnicze przekonanie, że ludzi w pierwszej kolejności interesują parkingi? Albo że wszyscy jeżdżą, a jak nie jeżdżą, to z pewnością chcieliby jeździć samochodem? Odpowiedź jest prosta – bo sami urzędnicy (niemal bez wyjątku), w najwyższym stopniu odpowiedzialni za inwestycje transportowe, obserwują miasto głównie z perspektywy przedniej szyby samochodu. A opinia zbieżna z naszymi poglądami jest dla nas w oczywisty sposób więcej warta oraz z większą uwagą przez nas słuchana, niż ta, z którą się nie zgadzamy. Słysząc zatem krytykę ograniczenia / likwidacji miejsc parkingowych, na przykład na Placu Orła Białego lub Rynku Nowym, zmotoryzowani decydenci boją się podjąć, w ich mniemaniu, niepopularną decyzję o przywróceniu temu miejscu jego należytej funkcji, zasłaniając się, mniej lub bardziej świadomie, obawami mieszkańców, mimo, że zdecydowana większość mieszkańców najprawdopodobniej poparłaby takie działanie. Gdy mieszkańcy sami wnioskują o uwolnienie chodników od zaparkowanych aut, okazuje się, że sami urzędnicy znajdują wiele przeszkód, np.  „kierowcy przecież muszą gdzieś parkować” lub „tam parkują okoliczni mieszkańcy”, bądź po prostu „a w czym te auta tam przeszkadzają?”. Stawiane są wówczas (często nierealne) warunki, które musiałyby zostać spełnione, aby usunąć auta z chodników i przywrócić im ich rolę.  Jeśli natomiast ludzie protestują przeciwko wycince drzew w imię (roz)budowy drogi lub parkingu, określa się ich mianem „oszołomów”, „krytykantów” itp., umniejszając lub wręcz wyśmiewając rolę drzew w hierarchii potrzeb miasta i spychając je do roli tych, które innym potrzebom muszą w oczywisty sposób ustąpić miejsca. Chyba, że nie znajdują się w sferze zainteresowań inwestorów, nie kolidują z planowaną drogą, parkingiem, nie są lasem (choć z tym różnie bywa) lub parkiem i ich utrzymanie zbyt wiele nie kosztuje. Trzeba przyznać, że wybitnie niekonsekwentnie słucha się głosu „ludu”. A właściwie słucha się go bardzo wybiórczo. Nie odkrywam oczywiście prochu sugerując, że jeśli dany urzędnik zgadza się z obranym kierunkiem danej inwestycji, jej przeciwnicy stają się adwersarzami samego decydenta, natomiast w sytuacji odwrotnej głosy sprzeciwu słuchane są wyjątkowo uważnie i traktowane z należytym mieszkańcom szacunkiem. Odkrywczym nie jest także zarzut, że Urząd decydując się na realizację różnych zadań, w pierwszej kolejności stara się przewidzieć możliwe reakcje społeczne w obawie przed krytyką, zamiast kierować się interesem społecznym. A te dwa zjawiska nie zawsze idą ze sobą w parze. Co więcej zdolność trafnego odczytania nastrojów oraz potrzeb mieszkańców nie wychodzi naszym urzędnikom najlepiej, co pokazuje m.in. wspomniany już budżet obywatelski.

Konsultacje społeczne

 Jak to możliwe, skoro regularnie przeprowadza się w mieście konsultacje społeczne w wielu kwestiach i przy okazji wielu inwestycji? Pies pogrzebany jest w formie takich konsultacji oraz motywacji decydentów. Konsultacje traktowane są jako element konieczny w procesie, którego efekt najczęściej jest już znany. Mieszkańcom przedstawia się najczęściej gotową koncepcję lub założenia, aby wysłuchać, co mają w danym temacie do powiedzenia po uprzednim wyjaśnieniu, czego zrobić się nie da, a co jest niezbędne. Jakakolwiek merytoryczna dyskusja wykraczająca poza te ramy (które zwykle narzucają z góry niemal wszystko, co może być dla zainteresowanych istotne) nie przynosi żadnych skutków, co wybitnie zniechęca uczestników takich debat, których ze względu na brak niemal jakichkolwiek działań informacyjnych jest co najwyżej garstka. Niską frekwencję potęgują też pory takich konsultacji, odbywających się przeważnie w godzinach pracy.

Dobrym przykładem, ilustrującym kompletną nieskuteczność naszych konsultacji społecznych, jest kazus al. Wojska Polskiego. Proces przygotowania inwestycji w teorii można nazwać modelowym – od ogólnych pomysłów, burzy mózgów, debaty eksperckiej, warsztatów itp. po szereg konsultacji, zwieńczonych badaniami socjologicznymi. Całość procesu, trwająca ponad dwa lata, dała jednak efekt, który spotkał się z ogromną falą krytyki, co doprowadziło do ponownego poddania zasugerowanych wariantów ocenie mieszkańców („odpowiedzialność” przerzucając na Rady Osiedli), bo wielu szczecinian wybranego wariantu po prostu nie zaakceptowała (głównie z powodu braku tramwaju) – modelowe konsultacje zakończyły się więc dość sporym rozczarowaniem, by nie powiedzieć klapą. Na czym polegał problem? W całym tym procesie nie mieliśmy do czynienia ze współtworzeniem przestrzeni publicznej w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Wszystkie etapy planowania były czystą formą, w której cała inicjatywa pochodziła „z góry”. Urząd przedstawił „możliwe” warianty, a następnie zdecydował, które z nich będą poddane opinii mieszkańców. Pomijając wątpliwą i już przestarzałą formę prowadzonych konsultacji oraz brak obywatelskości w wyborze ostatecznych wariantów, dlaczego poddanie tychże opinii mieszkańców nie przyniosło rozstrzygnięcia? Po części odpowiadało za to ograniczenie wyboru do czterech, niekoniecznie optymalnych opcji. Główny problem leżał jednak w sposobie „głosowania”. Czym różnił się on od gloryfikowanego na początku budżetu obywatelskiego? Gdy chcemy zapytać ludzi, co sądzą na dany temat, to ich pytamy. Jeśli jednak ludzie mają współdecydować – sami muszą wykazać się inicjatywą. Jak w polityce – sondaże często znacznie różnią się od ostatecznych wyników, choć porównywanie wyborów do budżetu obywatelskiego nie jest najbardziej trafne, choćby ze względu na kryteria dokonywania wyborów (w polityce dominuje raczej selekcja negatywna, w budżetach obywatelskich zdecydowanie pozytywna). Jeśli władza decyduje się słuchać głosów wysondowanych „na ulicy” na bardzo specyficzny i konkretny temat, musi liczyć się z totalną niereprezentatywnością grupy reprezentatywnej. „Ale jak to?!” – zagrzmią zaraz socjologowie. Przez niereprezentatywność mam na myśli odsetek osób faktycznie zaangażowanych w temat i potencjalnie aktywnych, gdybyśmy takie pytanie zadali w formie referendum. Podobnie będzie z wnioskami przesłanymi przez Rady Osiedli, z których zdecydowana większość nie jest żywo zainteresowana tematem i zaangażowana w ten problem.

Jak to się robi w Nowym Orleanie

Nowatorski pomysł wprowadziły władze Nowego Orleanu, które udostępniły swoim mieszkańcom łatwą i intuicyjną grę, w której każdy może wziąć na siebie odpowiedzialność za budżet i rozdysponować pieniądze na poszczególne zadania z realnymi limitami i ograniczeniami, aby miasta nie wykoleić. Następnie wszystkie dane są agregowane i analizowane, aby jak najlepiej odpowiedzieć na potrzeby mieszkańców. Gra spełnia także walor edukacyjny, ponieważ dzięki niej społeczeństwo lepiej rozumie mechanizmy finansowo-budżetowe miasta.

Co ciekawe, żadne miasto w Polsce nie skorzystało jeszcze z tej innowacyjnej metody konsultacji. Może władze Szczecina sięgną po nią jako pierwsi?

Piotr Czypicki

Prezes Zarządu Stowarzyszenia SENS

Komentarze

Dodaj komentarz

 

 

*